W dniach 25-26.04.2026 miałem wraz z kilkoma kolegami z KW Poznań (Adam, Piotr i Tomek) przyjemność uczestniczyć w kursie wspinaczki hakowej. Kurs był prowadzony przez niezrównanego mistrza w tej dziedzinie – Mikołaja Winiarskiego. Jednak skąd w ogóle pomysł na ten dość nietypowy i przypominający bardziej ślusarstwo rodzaj wspinania. Jak to się często zdarza na kursie znalazłem się z przypadku – jeden z uczestników uległ kontuzji i pojawiło się wolne miejsce, na które zwerbował mnie Adam, z którym poznałem się i wspinałem w Rjukan w Norwegii. Po krótkiej wymianie wiadomości uznałem, że to jest brakujący element do mojej wspinaczkowej układanki i pojechałem.

Wspinaczka hakowa polega na pokonywaniu trudności przy pomocy punktów asekuracyjnych, w które wpina się lonże i ławy. Wisząc na jednym punkcie, podchodzimy po drabince wyżej i szukamy kolejnego, do którego się przepinamy pokonując kolejne metry w ścianie. Niewiele jest tu finezyjnych ruchów, które znamy ze wspinaczki sportowej. Wspinaczka hakowa łączy się za to mocniej ze wspinaniem w górach, gdzie na niektórych drogach lub ścianach jest wręcz nieodzowna. Z mojej perspektywy umiejętność haczenia znacznie poszerza zakres dróg, które można pokonywać oraz pozwala mieć plan B w przypadku, gdy dotrzemy do miejsca, którego nie uda nam się pokonać klasycznie. Umiejąc haczyć można również myśleć o typowo hakowych drogach Big Wall np. w Yosemite.

Kurs trwał 2 dni i odbywał się w Rudawach Janowickich oraz w kamieniołomie Silesia w Wojcieszowie. Pierwszego dnia poznaliśmy teorię wspinania hakowego, zasady bezpiecznego i sprawnego poruszania się w pionie oraz sprzęt. Tu okazuje się, że najlepszy sprzęt produkują małe firmy zakładane przez pasjonatów tego typu wspinaczki. Szczególne uznanie należy się dla Mikołaja, który nie dość, że zna się na tym fachu to jeszcze umie przekazać swoją wiedzę ubarwiając ją anegdotami historyczno-kronikarskimi. Dzięki temu wiemy kto z kim przeszedł daną drogę, dokąd doszedł i czy wynikała z tego jakaś draka czy nie. Po wstępie teoretycznym zostaliśmy przydzieleni w zespołach do dróg Różdżkareczka i Rysa Mercedes na Fajce, które mieliśmy pokonać w stylu clean – czyli tylko przy użyciu niewbijanego sprzętu (friendy, kostki). Drogi te są średniej trudności we wspinaniu klasycznym, natomiast we wspinaniu hakowym oscylują pewnie w okolicy C1, gdyż w zasadzie każdy przelot był dobry. I tu należy wspomnieć o skali trudności wspinaczki hakowej. W odróżnieniu od wspinaczki zwykłej trudność mierzymy nie trudnością ruchów lub ich sekwencji, ale jakością przelotów i ilością kiepskich przelotów pomiędzy tymi dobrymi. Zgodnie z zaleceniem Mikołaja obwiesiliśmy się sprzętem jak choinka (zdecydowanie w nadmiarze, aby symulować wspinanie w Wielkiej Ścianie) i ruszyliśmy do wspinania. Początkowo ilość szpeju oraz obecność ław, fifi i lonż trochę nas przytłaczała, ale po kilku przelotach nasze wspinanie zaczęło jako-tako wyglądać. Dla mnie najtrudniejszym było zaufanie przelotowi i wyjście na 4-ty stopień drabinki, który wydawał się mało stabilny. Sytuacji nie ułatwiał nieco skośny, przewieszony i „brzuszkowaty” przebieg rysy Mercedes, ale jakoś udało się dobrnąć do stanu. Po osiągnięciu celu nauczyliśmy się czyścić wyciąg i poznaliśmy rozmaite techniki pałowania do góry na linie tudzież „posuwania małpy”, aby nieco nadrobić czas stracony na osadzaniu licznych przelotów. I tak zakończył się dzień pierwszy.

Drugiego dnia kursu pojechaliśmy do nieczynnego kamieniołomu Silesia aby nauczyć się „prawdziwej” wspinaczki hakowej. Tutaj też zaczęliśmy od teorii, głównie dotyczącej specyficznego sprzętu – kilka rodzajów haków (jedynka, tomahawk, knife, beak, v, rurp), camhooki, skyhooki, rivety oraz nasze ulubione – aluheady. Po omówieniu zasad instalacji poszczególnych sprzętów Mikołaj zarysował laserem przebieg dróg. W tym momencie zapaliła mi się lampka, że przecież tam nie ma żadnej drogi – jest gładko i tam nie da się przejść! I tu padła kolejna anegdota, że jakiś czas temu kursanci po zobaczeniu tej ściany i sprzętu koniecznego do jej pokonania stwierdzili, że jeszcze tak ich nie poj***ło i że idą do domu…i poszli 😉Po zaszpejeniu okazało się jednak, że tu i ówdzie da się znaleźć a to mikro ryskę na jedynkę, a to szczelinkę na camhooka, dziurkę na biedną kostkę i tak centymetr po centymetrze pięliśmy się w górę. Szczególną uwagę trzeba zwrócić na skyhooki, które przed kursem napawały mnie przerażeniem – tu okazało się jednak, że dobrze osadzone trzymają jak złoto, a technika wspinania wymusza obciążanie ich w jedynym słusznym kierunku – czyli w dół. Ciekawie wisi się też w aluheadach – aluminiowych baryłkach zaciśniętych na stalowej lince, które należy rozklepać na mikro nierównościach skały. Mimo wstępnego niedowierzania przelot taki jest w stanie nas utrzymać i zapewnić progresję. Na końcu był jeszcze przelot czy dwa na rivetach i w końcu wpięcie we wklejony stan – jeden z nielicznych pewnych punktów na drodze.

Podsumowując kurs hakowy to obowiązkowa pozycja dla górskich wspinaczy z pewnym już doświadczeniem. Ogarnięcie fifi, drabinek i całego hakowego sprzętu pozwala szerzej myśleć o celach wspinaczkowych i stanowi ciekawą alternatywę dla „normalnego” wspinania. Jeszcze raz wielkie podziękowania dla Mikołaja Winiarskiego za świetny kurs oraz dla Kolegów z KW Poznań za doborowe towarzystwo.

Z górskim pozdrowieniem,

Adam Malinger