
GRAND COMBIN 4314 M.
To ten masyw doskonale rzuca się w oczy z okolicznych szczytów skupionych wokół Mont Blanc i Matterhornu. Składa się z kilku szczytów. Główny to Grand Combin de Grafeneire 4314 m. Boczne to Combin de Valsorey 4184 m od zachodu i Combin de la Tsessette 4141m od wschodu. I te trzy zaliczane są przez UIAA jako czterotysięczniki, choć w tym masywie są też inne „wzniesienia” np. Aiguille du Croissant 4260 m, szczyt przekraczający 4000 m-ale z powodu małej wybitności (zaledwie 26 m) – poza główną klasyfikacją obejmującą 82 szczyty. Grand Combin to masyw trudno dostępny, a z powodu odosobnienia jego wierzchołki oferują prawdziwie alpejską przygodę zamiast lodowcowej turystyki. Brak kolejek linowych , długie podejścia, wysoko położone schronisko powodują, że decydują się na niego tylko „zawziętusy”. Ponieważ kilka lat wcześniej, wiosenną porą już raz próbowaliśmy tego szczytu skiturowo ze schroniska Panosierre ( bez powodzenia, bo lód był za twardy, a zimowy dzień zbyt krótki) tym razem postanowiliśmy wrócić do tematu latem. Wspólnie z Radkiem postanowiliśmy wykorzystać tygodniowy okres lampy nad masywem – zapowiadany na początek września- i załoić chociaż jeden z jego kilku szczytów. Dołączył do nas Pany i w trójkę wyjechaliśmy z Poznania wcześnie rano w środę 2-go września . Późnym wieczorem zostawiliśmy za sobą Szwajcarię i dotarliśmy do Włoch, gdzie ceny noclegów miały zdecydowanie bardziej “ludzką twarz” niż w Bourg St.Pierre (CH) . Po noclegu po włoskiej stronie w taniej agroturystyce na końcu świata i przejechaniu tunelem pod przeł. Św. Bernarda wróciliśmy w czwartek rano do Bourg Saint Pierre (CH) i ok.9.00 wyruszyliśmy w 5 godzinny marsz alpejską doliną , pełną zieleni, czasem przeciskając się wśród pasących jałówek, do schroniska Cabane de Valsorey ( 3037m). Zmieściliśmy się w przewodnikowym czasie pokonując różnicę poziomów 1330 m. Utrzymane w starym stylu ,całkiem niewielkie schronisko Valsorey prowadzone od 18 lat przez tę samą „gospodynię” zapewnia podstawowe potrzeby (spanie, jedzenie, WC), bez nadmiaru luksusu -ale za to z przepięknymi widokami na dolinę i widoczną w sporym oddaleniu grupę Mt.Blanc. Piątek (4.09) był zgodnie z planem dniem restu (mocno się przydał). Radek i Maciej poszli jednak na rekonesans wybadać drogę pod ścianę. Miało to jakiś sens – dla lepszej orientacji podczas właściwej akcji ,chociaż w nocy kopczyki wyglądają mimo wszystko jakby “inaczej” . Okazało się też, że na szczyt G.C. dr Valsorey w tych warunkach ( pełna lampa, sucha skała) możemy się wspinać skalną granią zachodnią do samego szczytu – bez śniegu .

W sobotę (5.09) praktycznie w środku nocy o 3:45 wyruszyły poza nami jeszcze 3 zespoły. Światła czołówek, sporadyczne kopczyki i czasem pojawiająca się ścieżynka w kruchym i sypiącym się terenie doprowadziły nas pod ścianę i wyprowadziły na grań zachodnią. Trudności I-II ,max III,III+, ale trzeba było mocno uważać na luźne kamienie. Na początkowym odcinku kilka razy zmyliliśmy drogę. Na grani wspinaliśmy się z lotną ( krótką, bo dłuższa lina zrzucała kamienie), ale im wyżej tym bardziej było stromo i czasem asekuracja z pętli się przydawała. W 2 trudniejszych “wąskich gardłach” opóźniali nas poruszający się niemrawo tuż nad nami Włosi. Wyprzedziliśmy ich w łatwiejszym terenie na wys. ok. 3900 m.

W końcu ujrzeliśmy szczyt Valsorey i o 9.45 przytuliliśmy solidny drewniany krzyż na wysokości 4184m. Combin dr Valsorey powitał nas słońcem oraz porywistym i zimnym wiatrem, gnającym ku nam chmury z rejonu Mont Blanc. To się nazywa mieć „farta”. Cały czas niebo było bezchmurne, a gdy my wspięliśmy się na szczyt nadciągnęła totalna dupówa. Szybkie fotki i każdy z nas ubrał to co miał, bo wiatr wdzierał się wszędzie i było kurewsko zimno.

Jacek “ wygrywa” kilogramową puchówką. Mimo pewnych wątpliwości i różnicy zdań zdecydowaliśmy w tych nie najlepszych warunkach pomaszerować dalej śnieżno-lodową, łatwą granią na wierzchołek główny – to tylko ok. 50 min. marszu ☺. Jeszcze przez moment cel był widoczny…. Linę między nami wiatr utrzymywał w powietrzu. Zespół, który wszedł na Valsorey za nami zrezygnował z dalszej wspinaczki.
My napieraliśmy! Jeden szczyt to był plan minimum, dwa to zaliczenie eskapady za udaną. Trzeci szczyt to byłaby pełnia szczęścia. Ale nie w tych warunkach , trzeci nie wchodził w rachubę – było nieco zbyt późno i zdecydowanie zbyt wietrznie. Zatem o godz. 10.48 we mgle, a właściwie w chmurach i wietrze stanęliśmy na szczycie nr 2, głównym wierzchołku masywu – Grand Combin de Grafeneire 4314 m. Na moment się rozjaśniło i stwierdziliśmy , że definitywnie wyżej się nie da. Jeszcze tylko fotki tarczy Suunto Radka (altimetr pokazał nawet 4318 m ) i tą samą trasą wróciliśmy do krzyża na G.C. de Valsorey.



A stąd rozpoczęły się zjazdy. No i wtedy wyszło na powrót słońce. To się nazywa złośliwość pogodowa. ;-( Schodzenie granią bez korzystania ze stanowisk zjazdowych też jest możliwe, ale wobec luźnych kamieni i nie zawsze stabilnych chwytów jest to ryzykowne.
Zresztą zjazdy również wymagały uwagi i precyzji ruchów. Ściąganie liny musiało być delikatne, a i tak się czasem klinowała. Sztuka cierpliwości….

W końcu zabrakło punktów zjazdowych i pojawiła się ścieżka. Długa tupanina w rumoszu skalnym do schroniska. Przed kolacją zdążyliśmy. Ale teraz schronisko było pełne. Wiadomo – sobota , pogoda, ostatnia szansa na letnie wejście.
Po 13 godzinach działania zaliczyliśmy 2 dzikie i odległe szczyty. Dla Jacka to czterotysięcznik nr 55 i 56. Dla Radka nr 36 i 37. Dla Panego 46 i 47. Pozostał do zrobienia jeszcze ten trzeci Combin de la Tsessette. Może ponownie wiosną od strony schroniska Panossiere ?
W niedzielę (6.09) po spakowaniu czekało nas zejście do cywilizacji. Oczywiście przy bezchmurnym niebie wśród pasącego się stada byczków, jałówek i szumu potoku z coraz mniejszych lodowców.


Grand Combin de Grafeneire 4314 m.
Combin de Valsorey 4184 m
AD- III+ Alpy Walijskie (CH) 05.09.2026r.
„ ZAWZIĘTUSY“ – Jacek Wichłacz, Radosław Sołtykowski, Maciej Przebitkowski.
Sprzęt: lina 30 m (x2); długie pętle (5-6),karabinki ; (+raki i czekan na odcinek grani szczytowej m-dzy wierzchołkami Valsorey i Grafeneire) ; na dojście do wierzchołka G.C. de La Tsessette (4141 m) niezbędny jest drugi czekan i po minimum 2 śruby lodowe na każdego członka zespołu oraz minimum 2 godziny na dojście + 2 na powrót do wierzchołka G.C. dr Grafeneire. No i pogoda 😉 !
Opracowanie: Jacek, Radek.


